Artyleria od wieków dumnie nosiła miano „boga wojny”. Przez dziesięciolecia o jej skuteczności decydowały brutalna siła kinetyczna, kaliber luf i tony wystrzeliwanej amunicji. Zwyciężał ten, kto miał więcej dział i potrafił szybciej liczyć trajektorie balistyczne. Dziś jednak obserwujemy na froncie absolutną rewolucję. Środek ciężkości przesunął się z opancerzenia w stronę dominacji informacyjnej. Sztuczna inteligencja (SI) i algorytmy wsparcia dowodzenia stały się centralnym układem nerwowym nowoczesnych operacji militarnych.
Papierowe mapy i ręczne wykreślanie celów odeszły do lamusa. Współczesne armie wdrażają półautonomiczne systemy, które w ułamkach sekund analizują terabajty danych, rozdzielają cele i na bieżąco korygują lot pocisków. Jak dokładnie wygląda ta zmiana i dlaczego algorytmy na zawsze zmieniły sposób prowadzenia ognia? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
Sieć rażenia wypiera tradycyjny łańcuch rażenia
Aby zrozumieć tę rewolucję, musimy spojrzeć na to, jak dotychczas działała artyleria. Przez lata zachodnia doktryna wojskowa opierała się na koncepcji łańcucha rażenia (ang. Kill Chain). Był to proces na wskroś liniowy: sensor (np. wysunięty obserwator z lornetką) wykrywał cel, przekazywał dane wyżej, a dowództwo przypisywało do niego konkretną baterię haubic.
Problem polegał na tym, że ten łańcuch był niezwykle kruchy. Wystarczyło zagłuszyć łączność na jednym etapie lub zniszczyć stanowisko dowodzenia, aby cały proces uderzeniowy runął jak domek z kart.
Rozwiązaniem, które przyniosła sztuczna inteligencja, jest sieć rażenia (ang. Kill Web). W tym modelu nie ma sztywnych powiązań. Każdy element na polu walki – dron, radar, satelita czy żołnierz z tabletem – wrzuca informacje do wspólnej taktycznej chmury. Algorytmy na bieżąco analizują te dane, odsiewają fałszywe alarmy i same sugerują, która wyrzutnia w okolicy najszybciej i najtaniej zniszczy cel. Jeśli jedno działo zostanie zniszczone, ułamek sekundy później system przekierowuje zadanie do drona kamikadze lub innej haubicy.
| Cecha systemu | Tradycyjny łańcuch rażenia | Sieć rażenia z modułami SI |
|---|---|---|
| Struktura | Hierarchiczna, liniowa, powolna w autoryzacji. | Zdecentralizowana, węzłowa, elastyczna. |
| Odporność | Niska – usterka jednego ogniwa przerywa proces. | Bardzo wysoka – system automatycznie omija uszkodzone węzły. |
| Przydział zasobów | Sztywny – sensor przypisany z góry do baterii. | Dynamiczny – dowolny sensor naprowadza optymalny środek ogniowy. |
| Czas reakcji | Często mierzony w dziesiątkach minut. | Mierzony w pojedynczych minutach lub wręcz sekundach. |
Dziś szybkość w wojsku to nie tylko kilometry na godzinę, ale tempo przetwarzania informacji. Amerykańskie eksperymenty pokazały, że niewielki zespół wspomagany algorytmami potrafi przetworzyć 1000 celów w godzinę – podczas inwazji na Irak w 2003 roku wymagałoby to sztabu liczącego 2000 analityków.
Uber dla artylerii, czyli doświadczenia z Ukrainy
Teoria zderzyła się z praktyką podczas wojny w Ukrainie. Wszechobecne drony sprawiły, że klasyczne, skoncentrowane baterie artylerii stały się łatwym celem. Haubice trzeba było rozproszyć – jedno działo w lesie, drugie w wiosce obok, trzecie za wzgórzem. Aby te rozsypane klocki mogły zadać zsynchronizowany cios, powstał fascynujący ekosystem dowodzenia.
Kluczowym elementem stał się system GIS Arta, w kręgach wojskowych często nazywany „Uberem dla artylerii”. Aplikacja działa oddolnie: operator drona widzi cel i jednym kliknięciem wrzuca jego współrzędne do sieci. Algorytm systemu, widząc wszystkie własne działa, ich stan amunicji i pozycje, natychmiast wyszukuje „najlepszego kierowcę na ten kurs”. Przydziela cel konkretnej maszynie, co skraca czas od wykrycia do strzału z 20 minut do 30-45 sekund.
Równie potężnym narzędziem jest Kropyva (Pokrzywa). To oprogramowanie zainstalowane na dziesiątkach tysięcy zwykłych tabletów, które działa w oparciu o rozproszoną sieć i terminale Starlink. Gdy czołg czy haubica zajmuje pozycję, system sam zaciąga dane pogodowe i mapy wysokościowe, korygując parametry lotu pocisku. Ogranicza to do minimum błędy matematyczne, które wcześniej masowo zdarzały się żołnierzom w stresie lub na mrozie.
Wszystkie te systemy wymieniają dane z nadrzędną platformą Delta, tworząc jeden wielki, chmurowy obraz pola bitwy, w którym asystenci SI podpowiadają oficerom optymalne rozwiązania.
Jak zobaczyć i usłyszeć niewidzialne
Nawet najlepsza sztuczna inteligencja jest bezużyteczna bez dobrych danych z czujników. Klasyczne radary przeciwartyleryjskie (jak amerykański AN/TPQ-53) są świetne, ale podczas pracy „świecą” falami elektromagnetycznymi jak latarnia morska, błyskawicznie ściągając na siebie wrogi ostrzał.
Dlatego na znaczeniu zyskują sieci akustyczne, takie jak ukraiński system Zvuk czy rozwiązania zachodnie. Wykorzystują one czułe mikrofony nasłuchujące huku wystrzałów. Mikrofony nie emitują żadnego sygnału, więc są niewidzialne dla wroga, a algorytmy SI na bieżąco filtrują szumy – ignorują szczekanie psów, wiatr czy warkot silników, wychwytując wyłącznie sygnatury właściwe dla wrogich armat. Zminiaturyzowane wersje takich mikrofonów montuje się już nawet na niewielkich dronach, które z powietrza triangulują pozycje wrogiej artylerii.
Kiedy trzeba zajrzeć głębiej na terytorium wroga, do gry wchodzą satelity radarowe (SAR), których czołowym operatorem jest polsko-fińska firma ICEYE. W przeciwieństwie do zwykłych kamer optycznych, radar przeszywa chmury, deszcz i ciemność. Z orbity spływa jednak trudny do odczytania cyfrowy szum. Tu znowu wkracza SI: w niecałe 15 sekund specjalne modele analizują radarowe odbicia i zaznaczają na mapie kolorowymi prostokątami ukryte pod drzewami ciężarówki, czołgi czy systemy przeciwlotnicze, z precyzją przekraczającą 90%.
Widząc, jak algorytmy świetnie radzą sobie z rozpoznaniem obrazu, inżynierowie wojskowi zaczęli opracowywać kontrśrodki, takie jak kamuflaż adwersarialny. Zauważono, że systemy wizyjne postrzegają świat inaczej niż człowiek – szukają konkretnych wzorów i krawędzi. Naklejenie na pancerz czołgu specjalnej płachty z wygenerowanym komputerowo, pozornie bezsensownym wzorem zakłóceń, potrafi dosłownie „zawiesić” cyfrowy mózg drona. Człowiek wyraźnie widzi czołg, ale oprogramowanie identyfikuje go z 98% pewnością jako skałę albo po prostu go ignoruje.
Polska cyfrowa pięść: system Topaz i integracja sojusznicza
Polski przemysł zbrojeniowy ma na tym polu potężne osiągnięcia. Fundamentem nowoczesnej artylerii w naszym kraju jest Zintegrowany System Zarządzania Walką TOPAZ, rozwijany przez Grupę WB. To, co w latach 90. było zaledwie prostym kalkulatorem dla starych Goździków, dziś jest potężnym ekosystemem C4I zarządzającym niemal wszystkim – od map taktycznych, przez obliczenia balistyczne, aż po naprowadzanie amunicji krążącej (dronów Warmate).
Wdrożenie sztucznej inteligencji pozwala systemowi analizować wideo z dronów FlyEye na żywo i automatycznie klasyfikować cele. Skraca to czas reakcji i odciąża załogi uderzeniowe obsługujące sprawdzone w boju polskie Kraby czy nowe, kupione w potężnych ilościach koreańskie haubice K9 Thunder. Maszyny te, wyposażone w polski system dowodzenia, potrafią strzelać w trybie MRSI (Multiple Rounds Simultaneous Impact). Komputer pokładowy wylicza trajektorie tak, aby kilka pocisków wystrzelonych pod różnymi kątami i z różnymi ładunkami miotającymi uderzyło w cel dokładnie w tej samej sekundzie. Efekt? Jedno działo generuje siłę ognia całej baterii, po czym błyskawicznie zmienia pozycję, zanim pierwszy pocisk w ogóle spadnie na ziemię.
Krokiem milowym dla Polski było też pełne wdrożenie protokołu ASCA w marcu 2024 roku. Wcześniej, przy działaniach koalicyjnych, oficerowie często musieli podawać współrzędne celów przez radio. Zmęczenie, stres i szumy często prowadziły do pomyłek – literówka w koordynatach mogła posłać bombę na cywilów lub własne wojska. Dziś dzięki ASCA dane płyną cyfrowo. Dowódca na tablecie zaznacza cel, a ten w ułamku sekundy trafia bezpośrednio do komputerów amerykańskich wyrzutni HIMARS czy niemieckich Panzerhaubitze 2000, redukując cały proces do zatwierdzenia komendy strzału.
Automatyzacja uderzeń a dylematy etyczne
Skompresowanie czasu od wykrycia do zniszczenia celu ma swoją mroczną stronę, co dobitnie pokazują systemy używane przez armię izraelską (IDF). W ostatnich latach wprowadzono tam algorytmy takie jak Lavender (analizujący billingi i sieci powiązań społecznych do typowania bojowników) czy The Gospel (analizujący infrastrukturę). Gdy systemy wskażą cel, kolejny moduł – Fire Factory – przydziela od razu odpowiednią bombę lotniczą lub haubicę, organizując logistykę uderzenia w kilka minut.
Rodzi to jednak olbrzymie niebezpieczeństwo znane jako Automation Bias, czyli zjawisko ślepej wiary w maszyny. Teoretycznie nad wszystkim nadal czuwa człowiek. W praktyce jednak, gdy przemęczony operator otrzymuje z systemu „zielone światło” do uderzenia i dziesiątki podobnych powiadomień w ciągu godziny, jego praca sprowadza się do bezrefleksyjnego przybijania pieczątki. Badania wskazują, że na zatwierdzenie celu wygenerowanego przez maszynę poświęca się niekiedy kilkanaście sekund. Z humanitarnego punktu widzenia to sytuacja, w której algorytm de facto pociąga za spust, a człowiek po prostu mu w tym nie przeszkadza.
Ostatnim etapem tej autonomizacji są lekkie drony kamikadze (FPV). Gdy dolatują one do celu, obrońcy często włączają potężne zagłuszarki (systemy walki radioelektronicznej). Ekran pilota gaśnie na 100 metrów przed uderzeniem. Na to również znaleziono sposób: procesory SI montowane bezpośrednio w małych dronach (sztuczna inteligencja na krawędzi – Edge AI). Gdy tylko pilot przed wlotem w strefę zakłóceń zaznaczy cel na ekranie, elektronika pokładowa przejmuje stery. Nawet przy całkowicie odciętym sygnale dron sam wprowadza poprawki na wiatr, śledzi ruchomy cel i precyzyjnie w niego uderza.
Przyszłość artylerii i wsparcia uderzeniowego leży właśnie na tym wąskim, krzemowym ostrzu. Ten, kto zdoła utrzymać równowagę pomiędzy wykorzystaniem potężnych mocy obliczeniowych a zachowaniem racjonalnego, ludzkiego dowodzenia, będzie dyktował warunki na polach bitew nadchodzących lat.